Po jakimś czasie skumałem, że odrobinę mnie poniosło. Nie no... mój głos jest odrażający, a Gen go słyszała...
Ale zaraz, cofam to; zasnęła. Wokół słychać było tylko śpiewy ptaków i delikatny szum wiatru. Zapach kwiatów i ciepłe promienie słoneczne, ogrzewające moje futro, dodawały klimatu. Przeturlałem się tak, aby być kawałek dalej od wadery (aby jej nie przeszkadzać), położyłem się na plecach, i zacząłem gapić się w chmury na pięknym, błękitnym niebie; odgadywałem kształty chmur.
Ach, niezmiernie brakuje mi w życiu osoby, która mimo wielu moich wad mnie kochała. Dla której mógłbym oddać całe swoje serce, a ona by go nie złamała... No ale, z takim wyglądem to se mogę jedynie pomarzyć.
Wracając do tematu, większość chmur miała niewielkie rozmiary, jednakże w każdej dostrzegałem jakiś kształt.
W pewnym momencie usłyszałem ziewnięcie. Czyżby Gen się obudziła?...
Gen? Wybacz proszę, że to takie dziadoskie :c
sobota, 31 marca 2018
Od Maxine CD Arona
Oboje ułożyliśmy się spać. Standardowo wtuliłam się w bok mojego męża. Wydawało mi się, że dzisiaj spał niespokojnie. Nie miałam jednak serca go budzić i stwierdziłam, że powinno mu przejść. W środku nocy zaczął wołać coś przez sen, jakieś niezrozumiałe słowa. Nie przejęłam się tym zbytnio, mimo to wstałam i zaczęłam łapą gładzić go po sierści.
- Ciekawe co ci się śni? - szepnęłam sama do siebie tak by go nie obudzić.
Po chwili jednak się uspokoił i ponownie zasnął. Znowu się położyłam obok niego.
- Ciekawe co ci się śni? - szepnęłam sama do siebie tak by go nie obudzić.
Po chwili jednak się uspokoił i ponownie zasnął. Znowu się położyłam obok niego.
***
Obudziłam się dość wcześnie, bo równo ze wschodzącym słońcem. Zdążyłam przy okazji przygotować małe śniadanie dla Arona. On obudził się nieco później.
- Już ranek? - spytał.
- Nie, wiesz, po południu - Zaśmiałam się wtedy, a on to odwzajemnił. - Wszystko w porządku?
- Hm... Chyba tak. Czemu pytasz?
- Dzisiaj jakoś tak kiepsko spałeś... Śniło ci się coś? - podpytałam delikatnie.
Basior przez chwilę się zamyślił, a później z lekkim wahaniem w głosie odpowiedział, że nie.
Nie wierzyłam mu zbytnio ale stwierdziłam, iż nie będę naciskać. Może później mi powie?
Niedługo po Aronie obudził się również szczeniak. Najpierw się z nami przywitał z uśmiechem.
- Pomożecie mi dzisiaj znaleźć rodziców prawda?
Wymieniłam z Aronem porozumiewawcze spojrzenia.
- Jasne - uśmiechnęłam się, a basior mi przytaknął.
Jak już załatwimy tą sprawę to muszę wyciągnąć jakoś od Arona co mu się śniło... - dodałam w myślach.
Aron? :3
Od Belli CD Jaka

Otworzyłam szerzej oczy, spoglądając na gładką, błękitną taflę, którą gdzieniegdzie rozświetlały promienie słońca. Nigdy nie widziałam jeszcze czegoś tak pięknego. Jake stał wyprostowany, z łapami sztywno wbitymi w ziemię. Najwyraźniej jemu również odjęło mowę. Korzystając z uśpionej czujności przyjaciela, podeszłam bliżej brzegu, delikatnie muskając wodę końcówką ogona, po czym ostrożnie zbliżyłam się do wciąż pogrążonego w rozmyślaniach samca.
- Jake...? - szepnęłam, z trudem powstrzymując figlarny uśmieszek, który usiłował się teraz bezczelnie wprosić na mój pysk.
Nim basior zdążył cokolwiek powiedzieć, obróciłam się raptownie, przejeżdżając mu mokrą kitą po pysku.
- Bella! - wydarł się zniesmaczony, energicznie otrzepując głowę z kropli wody.
- No co? Nie przyszliśmy tutaj tylko się gapić, panie marzycielu! - parsknęłam śmiechem, zbiegając z piaszczystego pagórka.
- Czekaj ty! - jak się nie zerwał!
Wystartowałam z piskiem przed siebie, starając się zgubić Jaka na zakrętach, ale okazał się szybszy, niż myślałam i zanim się obejrzałam, już chwycił mnie za ogon i powalił na trawę.
- I co teraz, hm? - wyszczerzył się w szelmowskim uśmieszku.
Jake? ^^
piątek, 30 marca 2018
Od Genevieve CD Bruna
Widok był prześliczny. Kwiaty wręcz kusiły, aby poznać ich zapach. Myślami przeniosłam się do czasów dzieciństwa, gdy jako malutka dziewczynka buszowałam w wielkiej trawie, rosnącej nieopodal domu. Ze smutkiem uświadomiłam sobie, że od tej chwili minęło już jedenaście lat. Zapragnęłam jeszcze raz poczuć się tak beztrosko jak kiedyś. Poczuć się dokładnie tak jak wtedy, gdy mokra trawa przyjemnie łaskotała moje dziecięce stópki. Jeszcze raz ułożyć się na trawie z kimś bliskim i odgadywać kształty chmur. Wszystkie te wspomnienia ogromnie mnie wzruszyły. Do tego stopnia, że z moich oczu popłynęło kilka malutkich łez. Ku mojemu niezadowoleniu Bruno to zauważył.
- Wszystko dobrze Gen? - spytał cicho. Pewnie uważał mnie teraz za beksę i małego mazgaja. Cała moja otoczka, silnej i niezależnej kobiety, którą budowałam wokół siebie przez wiele lat runęła, zostawiając tą wrażliwą i kruchą osóbkę, którą byłam w środku.
- Tak. - oznajmiłam, ze sztuczną pewnością. - Wszystko okej.
Nic nie było "okej" i Bruno dobrze o tym wiedział, na szczęście postanowił nie drążyć tematu. Aby trochę rozweselić atmosferę uśmiechnął się do mnie, ułożył na trawie i zachęcił do zajęcia miejsca obok niego. Wymusiłam uśmieszek, który pewnie wyglądał na jakiś nieudany grymas, po czym położyłam się obok niego. Wpatrywałam się w kwiaty, wciąż błądząc myślami w przeszłości. W pewnej chwili basior zaczął nucić, jakąś bliżej niezidentyfikowaną piosenkę, która o dziwo bardzo mnie uspokoiła. Upojona zapachem kwiatów i kojącym głosem Bruna w końcu zasnęłam.
Bruno?
- Wszystko dobrze Gen? - spytał cicho. Pewnie uważał mnie teraz za beksę i małego mazgaja. Cała moja otoczka, silnej i niezależnej kobiety, którą budowałam wokół siebie przez wiele lat runęła, zostawiając tą wrażliwą i kruchą osóbkę, którą byłam w środku.
- Tak. - oznajmiłam, ze sztuczną pewnością. - Wszystko okej.
Nic nie było "okej" i Bruno dobrze o tym wiedział, na szczęście postanowił nie drążyć tematu. Aby trochę rozweselić atmosferę uśmiechnął się do mnie, ułożył na trawie i zachęcił do zajęcia miejsca obok niego. Wymusiłam uśmieszek, który pewnie wyglądał na jakiś nieudany grymas, po czym położyłam się obok niego. Wpatrywałam się w kwiaty, wciąż błądząc myślami w przeszłości. W pewnej chwili basior zaczął nucić, jakąś bliżej niezidentyfikowaną piosenkę, która o dziwo bardzo mnie uspokoiła. Upojona zapachem kwiatów i kojącym głosem Bruna w końcu zasnęłam.
Bruno?
Od Lizzie do Genevieve
Przechadzałam się nieopodal legowisk. Nudziło mi się niemiłosiernie, a że mam dobry węch, postanowiłam sobie powęszyć. Postanowiłam zamknąć oczy, i iść za zapachem aż do rzeki. Taka niby głupia zabawa, a dzięki niej można się sprawdzić. O dziwo, nie uderzyłam w żadne drzewo. Dotarłam nad rzekę w całości, jednakże na miejscu nie byłam ,,happy''.
Jasper patrzył na mnie rządnym krwi wzroku, chociaż dostrzegłam w nim też mieszaninę tak zwanej chęci zemsty, oraz odrazy (temu ostatniemu się nie dziwiłam, brzydota ze mnie...).
- Cz...Czego chcesz?! - jęknęłam, a w moim głosie słychać było odrobinę strachu. Fakt, silna nie jestem, nie umiem walczyć z innymi wilkami.
- Ojojoj... Lizus się boi! - basior zaśmiał się złowieszczo.
No tak, Lizus to moje złośliwe przezwisko. Warto wyjaśnić.
- Wie-esz... że-e... - tutaj zrobiłam pauzę.
- No co, dzidziunia się poryczy? - wyszczerzył się w złowrogim uśmiechu.
- Na... NAZYWAM SIĘ LIZZIE JACKSON! - wrzasnęłam na cały głos, a mój krzyk jest, i był od zawsze niemiłosiernie głośny.
Basior początkowo zrobił krok do tyłu, robiąc duże, zdziwione oczy. W końcu jednak się ogarnął.
- Pechowa, zapchlona, brzydka, głupia, tępa... Słów brakuje na takiego wyrzutka jak ty!
Wyszczerzył kły, i zaczął coraz szybciej zmierzać do przodu. Ja natomiast położyłam uszy po sobie, i zaczęłam coraz szybciej się cofać.
W momencie, gdy basior miał już zamiar na mnie skoczyć, coś, a raczej ktoś, skoczył na niego, przytrzymując jego kark zębami. Nie trudno się domyślić, że był to...
- Tata! - krzyknęłam entuzjastycznie.
Fakt, tata powalił basiora praktycznie od razu. Tamten zaś, uciekł z podkulonym ogonem i zakrwawionym fragmentem karku.
- Lizzie! Nic ci nie jest? - zapytał Aron podbiegając do mnie.
- Nie, nic... - mruknęłam. Chwilę później zaczęłam płakać, przytuliłam się do taty.
- Już dobrze... Jestem tu... - powiedział starając się mnie uspokoić.
- On... On miał racje... - powiedziałam przez łzy.
- Ale... Co ON powiedział?
Przez łzy zacytowałam jego słowa, kilka słów...
- Lizzie, wiesz, że nie miał racji, w najmniejszym stopniu jej nie miał!
- Miał tato... Jestem nikim, wyrzutkiem... - powiedziałam schylając łeb. - Chcę pobyć sama...
Powoli odwróciłam się od wilka, i odeszłam...
Gdy zniknęłam mu z zasięgu wzroku zaczęłam pędzić przed siebie, a łzy lały mi się przy tym z oczu.
Popędziłam aż do kryształowej groty, a tam zajęłam się wylewaniem łez.
Patrzyłam w rozmaite kryształy. Były takie piękne, takie cudowne... Chociaż niestety, nie wszystkimi się zachwyciłam - w niektórych widziałam własne odbicie, najbrzydszą wilczą istotę na calutkim świecie... Gdy tylko to widziałam, zaczynałam bardziej płakać.
W końcu ułożyłam się na ziemi, kładąc głowę między łapy, tak, aby nie było widać moich oczu.
W pewnym momencie usłyszałam kroki, najwyraźniej ktoś się zbliżał. No nie... zaraz zepsuję komuś dzień sobą...
Genevieve? 450 słów podjechało pod twe drzwiczki :)
Jasper patrzył na mnie rządnym krwi wzroku, chociaż dostrzegłam w nim też mieszaninę tak zwanej chęci zemsty, oraz odrazy (temu ostatniemu się nie dziwiłam, brzydota ze mnie...).
- Cz...Czego chcesz?! - jęknęłam, a w moim głosie słychać było odrobinę strachu. Fakt, silna nie jestem, nie umiem walczyć z innymi wilkami.
- Ojojoj... Lizus się boi! - basior zaśmiał się złowieszczo.
No tak, Lizus to moje złośliwe przezwisko. Warto wyjaśnić.
- Wie-esz... że-e... - tutaj zrobiłam pauzę.
- No co, dzidziunia się poryczy? - wyszczerzył się w złowrogim uśmiechu.
- Na... NAZYWAM SIĘ LIZZIE JACKSON! - wrzasnęłam na cały głos, a mój krzyk jest, i był od zawsze niemiłosiernie głośny.
Basior początkowo zrobił krok do tyłu, robiąc duże, zdziwione oczy. W końcu jednak się ogarnął.
- Pechowa, zapchlona, brzydka, głupia, tępa... Słów brakuje na takiego wyrzutka jak ty!
Wyszczerzył kły, i zaczął coraz szybciej zmierzać do przodu. Ja natomiast położyłam uszy po sobie, i zaczęłam coraz szybciej się cofać.
W momencie, gdy basior miał już zamiar na mnie skoczyć, coś, a raczej ktoś, skoczył na niego, przytrzymując jego kark zębami. Nie trudno się domyślić, że był to...
- Tata! - krzyknęłam entuzjastycznie.
Fakt, tata powalił basiora praktycznie od razu. Tamten zaś, uciekł z podkulonym ogonem i zakrwawionym fragmentem karku.
- Lizzie! Nic ci nie jest? - zapytał Aron podbiegając do mnie.
- Nie, nic... - mruknęłam. Chwilę później zaczęłam płakać, przytuliłam się do taty.
- Już dobrze... Jestem tu... - powiedział starając się mnie uspokoić.
- On... On miał racje... - powiedziałam przez łzy.
- Ale... Co ON powiedział?
Przez łzy zacytowałam jego słowa, kilka słów...
- Lizzie, wiesz, że nie miał racji, w najmniejszym stopniu jej nie miał!
- Miał tato... Jestem nikim, wyrzutkiem... - powiedziałam schylając łeb. - Chcę pobyć sama...
Powoli odwróciłam się od wilka, i odeszłam...
Gdy zniknęłam mu z zasięgu wzroku zaczęłam pędzić przed siebie, a łzy lały mi się przy tym z oczu.
Popędziłam aż do kryształowej groty, a tam zajęłam się wylewaniem łez.
Patrzyłam w rozmaite kryształy. Były takie piękne, takie cudowne... Chociaż niestety, nie wszystkimi się zachwyciłam - w niektórych widziałam własne odbicie, najbrzydszą wilczą istotę na calutkim świecie... Gdy tylko to widziałam, zaczynałam bardziej płakać.
W końcu ułożyłam się na ziemi, kładąc głowę między łapy, tak, aby nie było widać moich oczu.
W pewnym momencie usłyszałam kroki, najwyraźniej ktoś się zbliżał. No nie... zaraz zepsuję komuś dzień sobą...
Genevieve? 450 słów podjechało pod twe drzwiczki :)
Od Claudii do Mike'a
Biegłam co sił w łapach. Można by powiedzieć, że wyglądałam teraz jak śnieżnobiała błyskawica. Biegłam tak szybko, że czułam ogień w łapach; jednakże nie poddawałam się. No pain, no gain - te słowa chyba nigdy nie wylecą mi z głowy. W każdym razie, do rzeczy - os ostatniego czasu starałam się biegać codziennie, a inne treningi miał miejsce zawsze, gdy tylko znalazłam chwilę wolnego czasu. Biegłam dość krótko, jednak to nie dziwne, skoro biegłam tak szybko; dodatkowo biegłam od legowisk do strumienia, także w tak krótkim czasie spora odległość. Co prawda bez zadyszki nie mogło się obejść, dodatkowo w łapach czułam palenie, a w gardle suchość. Bogom dzięki, że w strumieniu jest woda (nie no, odkrycie tysiąclecia Claudia, ,,woda w strumieniu''). Padłam na ziemię, i zaczęłam chłeptać wodę. Od razu po ostatnim łyku, zaczęłam głośno dyszeć. Dopiero po jakimś czasie się uspokoiłam, i ułożyłam głowę na łapach; moje łapy leżały w wodzie, a oczy wpatrywały się w wodę. W pewnym momencie usłyszałam czyjeś kroki, tuż za mną. Gwałtownie zerwałam się z ziemi; niestety, chwiałam się na nogach, także w końcu upadłam.
Przed sobą widziałam szare łapy, tuz przed sobą... Uniosłam wzrok w twarz wilka; przyznam, wyglądał przyjaźnie.
Mike? XD
Przed sobą widziałam szare łapy, tuz przed sobą... Uniosłam wzrok w twarz wilka; przyznam, wyglądał przyjaźnie.
Mike? XD
Od Genevieve do Belli
- Max? - mruknęłam cicho po skończonym śniadaniu. Wadera spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
- Czy ja wam tu troszkę nie przeszkadzam? - spytałam nieśmiało. - Pewnie ty i Aron chcielibyście trochę prywatności czy czegoś... - dodałam.
- Nie no co ty! Nasz dom jest otwarty dla gości. Wiesz ile wilków już tu przetrzymywałam? - roześmiała się Maxine. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem i wbiłam wzrok w podłogę.
- Chyba, że ty masz nas już dość? - powiedziała wilczyca, a w jej głosie słychać było coś w rodzaju zaniepokojenia lub zwyczajnej troski.
- Nie! - odpowiedziałam szybko. - To nie tak. Jesteście dla mnie jak rodzina, której nigdy nie miałam! Kocham was całym serduszkiem, ale po prostu czuję, że powinnam się jakoś usamodzielnić... - wyjaśniłam, starannie dobierając słowa, aby nie urazić Max.
- Jeśli chcesz możemy po południu poszukać ci jakiejś ładnej jaskini. - zaproponowała po chwili namysłu. Zamerdałam ogonem i skinęłam głową, nie mogąc się doczekać.
- Czy ja wam tu troszkę nie przeszkadzam? - spytałam nieśmiało. - Pewnie ty i Aron chcielibyście trochę prywatności czy czegoś... - dodałam.
- Nie no co ty! Nasz dom jest otwarty dla gości. Wiesz ile wilków już tu przetrzymywałam? - roześmiała się Maxine. Uśmiechnęłam się lekko pod nosem i wbiłam wzrok w podłogę.
- Chyba, że ty masz nas już dość? - powiedziała wilczyca, a w jej głosie słychać było coś w rodzaju zaniepokojenia lub zwyczajnej troski.
- Nie! - odpowiedziałam szybko. - To nie tak. Jesteście dla mnie jak rodzina, której nigdy nie miałam! Kocham was całym serduszkiem, ale po prostu czuję, że powinnam się jakoś usamodzielnić... - wyjaśniłam, starannie dobierając słowa, aby nie urazić Max.
- Jeśli chcesz możemy po południu poszukać ci jakiejś ładnej jaskini. - zaproponowała po chwili namysłu. Zamerdałam ogonem i skinęłam głową, nie mogąc się doczekać.
***
Nigdy nie zastanawiałam się, jak ogromny jest ten las. Dotarłyśmy do takiego fragmentu tej puszczy, którego nie znała nawet Maxine. Flora w tym miejscu stała się tak wybujała, że przez niektóre miejsca ciężko było się przedrzeć. Ciekawe czy ktokolwiek z watahy kiedykolwiek zapuszczał się w te tereny.
- Czy to w ogóle jeszcze nasz teren? - spytałam po chwili.
- Jasne... To jest akurat jedyna rzecz, której jestem pewna! - oznajmiła Maxine z uśmiechem. Zawsze zazdrościłam jej tego, że nawet w kiepskich sytuacjach dobry humor jej nie opuszczał.
- Wracajmy. - mruknęłam cicho. - I tak wątpię, że coś tu znajdziemy.
- No dobra... Ale zajrzyjmy jeszcze tam! - powiedziała wadera wskazując na przejście między gałęziami i nie czekając na moją odpowiedź ruszyła w tamtym kierunku. Niechętnie powlokłam się za nią. Szukałyśmy już ponad trzy godziny, więc uznałam, że moje zmęczenie jest uzasadnione. Przecisnęłam się przez wejście i stanęłam jak wryta. Przede mną rozpościerała się przepiękna polana, usłana różnego rodzaju kwiatami. Przebiśniegi, żonkile, tulipany, hiacynty, krokusy... Wszystkie dumnie wychylały swoje główki w stronę słońca, zachęcając do poznania ich pięknych zapachów. Chłonęłam ten widok i zapachy całą sobą. Ciszę przerwało głośne kichnięcie, które przypomniało mi o obecności Maxine. Wadera miała zaczerwienione, lekko łzawiące oczy i chyba ponownie zbierało jej się na kichanie.
- Pierdzielone pyłki. - bąknęła i ruszyła w stronę wyjścia. Spojrzałam na polanę, starając się jak najlepiej ją zapamiętać i ruszyłam w stronę przyjaciółki. Nagle usłyszałam ciche skamlenie. W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam, ale dźwięk nie ustawał.
- Max? Słyszysz to? - spytałam waderę, która powoli dochodziła do siebie.
- Nooo... Coś jakby... Skomlenie? - mruknęła zdziwiona. Powoli ruszyłam w kierunku odgłosu. Z każdą sekundą głos stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu dotarłam do dość sporej jamy w ziemi. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam białą wilczycę, z nienaturalnie wykręconą łapą.
- Max tu ktoś jest! - krzyknęłam do towarzyszki. - Spokojnie... Zaraz cię wyciągniemy! - powiedziałam starając się uspokoić waderę i przy okazji siebie.
- Co się...Bella?! Jak ty się tam znalazłaś?! - wrzasnęła Maxine stając obok mnie. Bella wzruszyła łapami.
- Same nie damy rady jej wyciągnąć! Biegnę po Arona! Czekajcie tu! - rozkazała Max.
- Ciekawe dokąd miałabym pójść... - bąknęła wilczyca próbując się podnieść. Stan jej łapy wszystko utrudniał, więc bezsilnie upadła na ziemię.
- Będzie dobrze! - powiedziałam, mimo iż sama niezbyt w to wierzyłam.
- Kim ty tak w ogóle jesteś? - spytała, patrząc na mnie podejrzliwym wzrokiem.
Bella? Nie myślałam, że wyjdzie aż tak długie ^-^
- Czy to w ogóle jeszcze nasz teren? - spytałam po chwili.
- Jasne... To jest akurat jedyna rzecz, której jestem pewna! - oznajmiła Maxine z uśmiechem. Zawsze zazdrościłam jej tego, że nawet w kiepskich sytuacjach dobry humor jej nie opuszczał.
- Wracajmy. - mruknęłam cicho. - I tak wątpię, że coś tu znajdziemy.
- No dobra... Ale zajrzyjmy jeszcze tam! - powiedziała wadera wskazując na przejście między gałęziami i nie czekając na moją odpowiedź ruszyła w tamtym kierunku. Niechętnie powlokłam się za nią. Szukałyśmy już ponad trzy godziny, więc uznałam, że moje zmęczenie jest uzasadnione. Przecisnęłam się przez wejście i stanęłam jak wryta. Przede mną rozpościerała się przepiękna polana, usłana różnego rodzaju kwiatami. Przebiśniegi, żonkile, tulipany, hiacynty, krokusy... Wszystkie dumnie wychylały swoje główki w stronę słońca, zachęcając do poznania ich pięknych zapachów. Chłonęłam ten widok i zapachy całą sobą. Ciszę przerwało głośne kichnięcie, które przypomniało mi o obecności Maxine. Wadera miała zaczerwienione, lekko łzawiące oczy i chyba ponownie zbierało jej się na kichanie.
- Pierdzielone pyłki. - bąknęła i ruszyła w stronę wyjścia. Spojrzałam na polanę, starając się jak najlepiej ją zapamiętać i ruszyłam w stronę przyjaciółki. Nagle usłyszałam ciche skamlenie. W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam, ale dźwięk nie ustawał.
- Max? Słyszysz to? - spytałam waderę, która powoli dochodziła do siebie.
- Nooo... Coś jakby... Skomlenie? - mruknęła zdziwiona. Powoli ruszyłam w kierunku odgłosu. Z każdą sekundą głos stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu dotarłam do dość sporej jamy w ziemi. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam białą wilczycę, z nienaturalnie wykręconą łapą.
- Max tu ktoś jest! - krzyknęłam do towarzyszki. - Spokojnie... Zaraz cię wyciągniemy! - powiedziałam starając się uspokoić waderę i przy okazji siebie.
- Co się...Bella?! Jak ty się tam znalazłaś?! - wrzasnęła Maxine stając obok mnie. Bella wzruszyła łapami.
- Same nie damy rady jej wyciągnąć! Biegnę po Arona! Czekajcie tu! - rozkazała Max.
- Ciekawe dokąd miałabym pójść... - bąknęła wilczyca próbując się podnieść. Stan jej łapy wszystko utrudniał, więc bezsilnie upadła na ziemię.
- Będzie dobrze! - powiedziałam, mimo iż sama niezbyt w to wierzyłam.
- Kim ty tak w ogóle jesteś? - spytała, patrząc na mnie podejrzliwym wzrokiem.
Bella? Nie myślałam, że wyjdzie aż tak długie ^-^
Subskrybuj:
Posty (Atom)